środa, 27 sierpnia 2008

Sigur Rós, Amfiteatr w Parku Sowińskiego, Warszawa, 20.08.2008

Minął już jeden dzień, a ja nadal nie potrafię dojść do siebie. Myślałem że te kilkanaście godzin pomoże mi w tym, żeby jakoś zebrać myśli, poukładać w logiczną całość i na spokojnie przeanalizować to wydarzenie. Niestety, nic z tego. Dlatego te kilka zdań z pewnością będzie mocno chaotyczne, za co z góry przepraszam.

Islandczycy tym razem zawitali do Warszawy. Po wielu perturbacjach związanych z wyznaczeniem miejsca koncertu wybór padł na Amfiteatr w Parku Sowińskiego. Z perspektywy czasu nie wyobrażam sobie bardziej trafnego miejsca w którym miałby odbyć się koncert.
Dostanie do Parku nie stanowiło większego problemu, więc czym prędzej udałem się do kolejki, która w potwornie szybkim tempie nabrała rozmiarów co najmniej sporych.
Przed godziną 19 bramy amfiteatru zostały otwarte. Moją uwagę już na początku przykuli panowie ochroniarze, którzy hucznie zapowiadali jak to oni nie będą przeszukiwać widzów. Na zapowiedziach się skończyło. Radosne klepnięcie w plecki, tak oto wyglądał proceder przeszukiwania widza przed koncertem Sigur Rós. Myślę że jakbym miał na bilecie wydrukowane np. Mum to większych problemów z wejściem bym nie miał.
Zawsze przecież można powiedzieć że to support...
Ogólnie ochrona okazała się totalny zaskoczeniem, in minus rzecz jasna.
Ale nie o rzeczach nieistotnych miałem pisać.

Po przejściu bram amfiteatru zająłem niezwykle komfortowe miejsce jakim była drewniana ławeczka położona idealnie naprzeciw sceny. A ta prezentowała się nad wyraz ubogo. Jedyne co przykuwało uwagę to pięć gustownych, białych balonów rozmieszczonych nad głowami muzyków.
Z godziny na godzinę widzów przybywało. Niestety spora część ludzi została umieszczona na schodach amfiteatru z powodu zwyczajnego braku miejsc. 130 złotych za miejsce na schodach? Dziękuje za takie przyjemności. Brawo organizatorzy. Moja drewniana ławeczka z miejsca przybrała znaczenie miejsca vipowskiego.

Punktualnie o godzinie 20 na scenie zameldował się niepozorny chłopiec z Islandii. To Olafur Arnalds, przez niektórych przyjęty niczym gwiazda wieczoru. Mnie pozostanie w pamięci niestety tylko jego nieco koślawe „dzienkuja”, bo Olafur zaserwował dosyć usypiającą i monotonną porcję dźwięków, która w znacznej części przeziewałem. Ciekawym zjawiskiem był fakt że spora grupa ludzi po występie młodego Islandczyka bardzo szybko udała się w kierunku wyjścia.
Minuty mijały, dźwiękowcy uwijali się jak w ukropie, a spragniona wrażeń publiczność co rusz zagrzewała muzyków do wyjścia burzą oklasków.
Wreszcie około godziny 21 pierwszej światła zgasły i bohaterowie pojawili się scenie. Kubraczek a’la Michael Jackson, fikuśny kucyk z tyłu głowy Jonsiego. Orri za to w finezyjnej koronie mieniącej się morzem kolorów. Kjartan i Georg chyba niespecjalnie mieli ochotę na przebieranki, więc ubrani byli w zwykłe nazwijmy to „robocze” stroje.

Spektakl się rozpoczął....
Wszystko co można zarzucić Sigur Rós, że są wtórni, nudni, nagle przestało mieć znaczenie. Cały amfiteatr rozpłynał się przy pierwszych dźwiękach „Svenf-G-Englar”. Doskonałe otwarcie wieczoru. Publiczność nagrodziła Islandczyków ogromnymi brawami. A oni tak cudownie stremowani. Sprawiający wrażenie przestraszonych, przytłoczonych tym całym zgiełkiem. Jakby nie zdawali sobie sprawy, jak wielką, niewyobrażalnie wielką moc posiadają.

Widzowie w ciszy i skupieniu wysłuchali kolejnych utworów. Tak ganiony przeze mnie „Festival” tutaj nabrał zupełnie nowych barw. Podobna sytuacja miała miejsce z „ við spilum endalaust ” który na płycie wypada mizernie, natomiast przy okazji koncertu powalał rozmachem z jakim został zagrany. Ale setlista nie opierała się oczywiście tylko na numerach z nowej płyty. Nie zabrakło prześlicznego "Ny Batteri". "Hoppipolli", która nieważne czy z Amiiną czy bez, wypada wspaniale. Także "Heysatan", przywołany gwałtownie przez jednego z widzów był jednym z jaśniejszych punktów wieczoru. Subtelnie, delikatnie, amfiteatr zalany taką ciszą, że dało się usłyszeć szum wiatru. Jako ostatni z nowej płyty zaprezentowany został "Gobbledigook"
Zamykam oczy i nadal siedzę na drewnianej ławeczce, a obok mnie same roześmiane twarze rytmicznie klaszczące. Tak właśnie wygląda błogostan. Tak właśnie wyglądał cały koncert Sigur Rós, który każdy przeżywał na swój sposób. Nieważne czy przyszedł na niego z synem, z dziewczyną, z żoną. Nieważne czy miał 15, 40 czy 50 lat. Podczas tych dwóch godzin wszystko przestało mieć znaczenie. Wszystko odeszło na dalszy plan. Czy to brzmi zbyt patetycznie? Absolutnie nie. Z pewnością, nie dla tych 4 tysięcy najszczęśliwszych ludzi na świecie...


Setlista:

1. Svefn-G-Englar
2. Glosoli
3. Ny Batteri
4. Fljótavík
5. Festival
6. Hoppipolla
7. Med Blódnasir
8. Inní mér syngur vitleysingur
9 Við spilum endalaust
10. Heysatan
11. Olsen Olsen
12. Saeglopur

13. Hafsol
14. Gobbledigook
——————————
15. Untitled 8 (a.k.a. „Popplagið”)
——————————
16. Viðrar vel til loftárása

wtorek, 6 maja 2008

Lao Che - Gospel


Niełatwe zadanie stało przed Lao Che gdy przyszło nagrywać trzecią długogrającą płytę w karierze muzyków. Morze nagród, które spłynęło na zespół po wydaniu „Powstania Warszawskiego", ogromne oczekiwania na każdy kolejny ruch zdecydowanie nie ułatwiało sytuacji. Ale Lao Che to zespół niezwykły. Zespół, który potrafi zerwać z wcześniejszymi upodobaniami, schematami. Wreszcie, zespół potrafiący obrać zupełnie inną ścieżkę niż ta, zawarta na poprzednich albumach. I tak nie zważając na sugestie osób z zewnątrz grupa nagrywa płytę, która znacząco odbiega od poprzednich dokonań. Nie porusza bowiem tematów historycznych, nie zagłębia się w arcydzieła romantycznych i średniowiecznych twórców. Dotyka tematu, który jest znacznie bliżej typowego Kowalskiego. Relacja Bóg-Człowiek. Relacja o tyle prosta, co w swojej prostocie zawiła. Brzmi to dosyć nielogicznie, ale doskonale oddaje to, co zawarte jest na albumie.

Fuzja stylów, mnogość inspiracji, tysiące odniesień to dalej znak rozpoznawczy formacji. W poszczególnych utworach Hubert „Spięty„ Dobaczewski dokonuje rozrachunku z własnymi myślami: „Czarne Kowboje", przybliża historię Rajskiego Ogrodu: singlowy „Drogi Panie", a także opowiada biblijną przypowieść o Noe, widzianą oczyma człowieka naszych czasów: "Hydropiekłowstąpienie". Te trzy przywołane fragmenty to tak naprawdę mała część tego, czym raczy nas „Gospel". Pod względem lirycznym, ten album to prawdziwy majstersztyk, perełka o którą dzisiaj bardzo trudno, bo raczeni jesteśmy piosenkami o niczym, nie niosącymi żadnego przekazu. Tutaj nie ma mowy o tego typu zabiegach. Od początku do końca są to przemyślane tekstowe puzzle, które „Spięty" doskonale potrafi połączyć w jedną, spójną całość.

Było kilka słów o warstwie lirycznej, teraz przyszedł czas na to co najważniejsze, czyli muzykę.
„Gospel" to prawdziwa mieszanka tego co w głowach panów z Lao Che najlepsze. Nie należę do osób, które przystają na szufladkowanie muzyki jednak w tym wypadku określenie jej mianem crossover zdaje się być najbardziej trafne. Słychać tutaj wiele elementów muzyki słowiańskiej, inspiracje nurtem reggae, zauroczenie ska. To wszystko wzbogacone idealnie wpasowanymi przeszkadzajkami, których odkrywanie sprawi słuchaczom wiele radości. Gwarancja różnorodności jaką raczy nas ten album zapewni, że nawet po kilkunastu odsłuchach nie będzie mowy o jakimkolwiek znużeniu.

Lao Che dzięki nowej płycie przestaje być tylko ciekawym „zjawiskiem" na polskiej scenie rockowej, ale staje się pełnoprawnym pierwszoligowym zespołem. Morza nagród pewnie tym razem nie będzie, ale oczekiwania i ciekawość co przyniesie nowa płyta z pewnością nie zmaleje.

niedziela, 4 maja 2008

Jack Penate - Matinee


Są zespoły, artyści od których nie wymaga się wiele, ot proste piosenki do pośpiewania i poruszania nogami. Do właśnie takich w niedalekiej przyszłości należeć będzie Jack Penate. Jego najnowszy i zarazem pierwszy album spełnia w pełni powyższe kryterium. "Matinee" to zbiór kilkunastu prostych i w miarę chwytliwych numerów, których nucenie nie będzie wielkim problemem po jednym, całościowym przesłuchaniu.
Zacznijmy jednak od początku.


Jack Penate to urodzony w Londynie dwudziestoparo latek, który materiał na debiutancką płytę napisał samodzielnie. Traf chciał że przypadkowo napotkał na przedstawicieli wytwórni Sonic, którzy własnym sumptem wydali debiut Jacka. Swojsko brzmi...
W działaniach koncertowych grajka wspierają koledzy z Londynu: Joel Porter, Thomas Lightfoot oraz Alex Robins.


Gwiazda została przedstawiona, można zatem wrócić do meritum.


Penate w zadziwiająco łatwy i przyjemny sposób potrafi łączyć rock z elementami ska, ocierając się nawet o melodie popowe. Na płycie ma potencjalne hity jak i chwytające za serca ballady. Dodajmy że dysponuje wokalem, który nikomu nie wadzi. Wydał parę świetnych singli min: "Spit At Stars", "Have I Been A Fool?". Oto mamy gotowy przepis na alternatywna płytę roku na Wyspach.


No i tutaj zaczyna się problem. Bo niby jest miło i fajnie, ale jednak cholerstwo po kilkunastu podejściach nudzi potwornie, a Penate z przyjemniaczka staje się prześladowcą. Natomiast jego wokal drażni niemiłosiernie. W tym tkwi cały problem tego wydawnictwa. Bowiem "Matinee" jest albumem dobrym na kilka niezobowiązujących wieczorów.
Na dłuższą metę staje się mętny jak...hm...mętny jak króliczy mocz for example.
Konstrukcja utworów ta sama, a motywy i zagrywki gitarowe zadziwiająco wręcz do siebie podobne. Po kolejnych przesłuchaniach okazuje się zatem że najmocniejszym punktem albumu są ballady: "My Yvonne" i "When We Die", które z początku wydają się typowymi wypełniaczami.
Pokusiłbym się nawet o ocenę tej płyty, bo przychodzi to wyjątkowo łatwo. Typowy średniak z ambicjami. Ogromny potencjał i talent to pisania chwytliwych melodii, gdyby dołożyć do tego ambitniejszy tekst to może następna płyta będzie czymś wielkim, ale zaraz, zaraz. Co ja wspomniałem na początku? Ma być prosto i miło, a zatem niech Jacek gra sobie te swoje optymistyczne numery nad których głębią nikt nie musi się zastanawiać.

sobota, 16 lutego 2008

KoRn Warszawa, Torwar 13.02

Pięciu wściekłych facetów z których na chwilę obecną została tylko dwójka...Czy w takim składzie wyobrażałem sobie środowy koncert Korna?
Zdecydowanie nie.W dodatku słuchając wynalazków w rodzaju "Mtv Unplugged" miałem wrażenie że legenda numetalowego grania sięga dna. Dopiero ostatni, niezatytułowany album dawał nadzieję, że to jeszcze nie jest koniec.
Z takimi też nadziejami udałem się do Warszawy...

Dotarcie do stolicy większego problemu nie sprawiło. Jednak Torwar, to była prawdziwa szkoła przetrwania. Dzięki ogromnej "życzliwości" Warszawiaków, krążyliśmy niemal godzinę po mieście. Wreszcie około 16:00 zjawiliśmy się pod halą. Tłumów nie było, grupa może z pięciuset ludzi wyczekiwała otwarcia bram. Wśród nich: mocna brygada Polaków, podpici Czesi, rozśpiewani Litwini i kilku smutnych Anglików.

Napięcie narastało, a fanów Korna przybywało. Wreszcie, punktualnie o godzinie 18:00 bramy Torwaru zostały otwarte.Ochroniarze skrupulatnie sprawdzali każdą część garderoby uczestników imprezy. Dzięki temu, kilku nadpobudliwych osobników zostało już na starcie odesłanych do domu. Mnie te przyjemności ominęły, więc czym prędzej udałem się do szatni. A tam niemiła niespodzianka, beznadziejna obsługa, 2 zł za wieszaczek i do tego ograniczona ilość miejsc. Dowiedziałem się że dla części osób, po prostu zabrakło wieszaczków. Nieładnie organizatorzy, nieładnie...

O godzinie 18:30 znalazłem się na płycie Torwaru. Szybki rzut oka na puste sektory, miejsca vipowskie, oraz wyjątkowo ubogą scenę. Wtedy pojawiły się pierwsze obawy że będzie kiepsko.

Jako pierwszy na scenie pojawił się zespół Deathstars. Przyznam szczerze że tak fatalnego występu nie widziałem dawno. Może to dlatego, że stylistyka zupełnie mi obca. Nie zmienia jednak to faktu, że otrzymaliśmy show na poziomie żenady. Elektroniczne wstawki z playbacku, gorzej niż złe nagłośnienie, problemy techniczne, tragiczny wygląd członków zespołu, toporne melodie, okropny śpiew wokalisty. To wszystko sprawiło że na mojej twarzy już po dwóch utworach pojawił się uśmiech politowania. Sytuację ratował jedynie kawałek "Blitzkrieg". W którym to nawet ja krzyknąłem w refrenie "boom" :D Deathstars opuściło scenę około godziny 19:30 żegnany umiarkowanym entuzjazmem publiczności.


Następny w kolejce był Flyleaf i tu oczekiwałem zdecydowanie lepszej muzyki, niezłego show i przede wszystkim wokalistki. Uroczej Lacey Mosley. Pod sceną robiło się coraz tłoczniej. Techniczni uwijali się jak mogli w przygotowywaniu sceny. Ustawiono sporej wielkości podest z prawej strony, na którym jak się później okazało, szalał gitarzysta zespołu.Flyleaf pojawił się na scenie kilka minut po 20:00 witany burzą oklasków.
Niestety, kolejny zawód. Utwory łudząco podobne do siebie. Zero napięcia i chyba tylko widok Lacey mógł przykuć uwagę zgromadzonych. Na dodatek mniej więcej w połowie występu światła na Torwarze z niewiadomych jak do tej pory przyczyn zostały zapalone. Z zaprezentowanych piosenek najlepiej wypadły "So Sick", "Fully Alive" i zaserwowany na koniec cover Nine Inch Nails "Something I Can Never Have". Co ciekawe, wokalistka nawet nie pokusiła się o zapowiedź ostatniego kawałka jako coveru. Przykre.


Flyleaf zszedł ze sceny, a publiczności pozostało wypatrywanie gwiazdy wieczoru. Torwar zapełniał się coraz szybciej. Fani byli tak spragnieni Korna, że nawet wniesienie mikrofonu wokalisty zostało przywitane gromkimi brawami. Emocje sięgały zenitu. Wreszcie, wcześniej o kilka minut niż planowano na scenie pojawił się Korn w asyście kilku dodatkowych muzyków " z łapanki" Klimatyczne intro, a potem prawdziwa petarda. "Right Now" i cały Torwar oszalał. Nie było osoby, która by w tym momencie stała w miejscu. Koncert rozpoczął się na dobre. Amerykanie raczyli nas mieszanką starszych utworów, sprawdzonych hitów i kawałków z nowej płyty. Co ciekawe te ostatnie nie sprawdziły się najlepiej. Nawet świetnie wypadające na albumie "Starting Over" wypadło dosyć blado na tle reszty zestawu.
Wtrącę jeszcze słówko o scenie. Ciekawym urozmaiceniem okazały się lasery, które doskonale współgrały z muzyką dodatkowo potęgując klimat.
Najważniejszym elementem spektaklu okazała się jednak publiczność, która dawała z siebie wszystko, skandując, skacząc i śpiewając każdy wers razem z Jonathanem. Korn w zamian ufundował małą niespodziankę umieszczając fragment "We Will Rock You" w jeden z utworów, co spotkało się ze spazmatyczną reakcją ludzi.
Zaskakująco dobrze wypadły stare, wydawałoby się ograne numery. "Faget" zabrzmiał wprost kapitalnie, a niespodziewany przeze mnie "Ass Itch" pokazał że mimo upływu lat, Korn ma na koncie utwory, które bronią się na koncertach doskonale. W tym momencie jednak ewidentnie widoczny był fakt, że na występie Amerykanów znaleźli się ludzie słuchający ich dopiero od ostatniej płyty. "Ass Itch" czy też "Helmet In The Bush" sprawiły że część publiczności słuchała w zaciekawieniu, dyskretnie się gibając. Z ich twarzy można było natomiast wyczytać pytanie "co to za kawałek?"

Koncert nieuchronnie zmierzał ku końcowi, a więc przyszedł czas na punkt kulminacyjny. Gasną światła, Jonathan schodzi ze sceny, a my słyszymy pierwsze takty "Blind". Nagle z każdej strony słychać okrzyk "siadać". Polska publiczność nie chciała być gorsza od tej z ubiegłorocznego Rock Am Ring i jak jeden mąż przykucnęła, co domyślam się musiało kapitalnie wyglądać z sektora. Mocno zdziwiony wokalista Korna pojawia się na scenie. Po chwili słychać słowa "Are You Ready?!?!" i cały Torwar wyskakuje do góry. Niesamowita chwila, która z pewnością na długo pozostanie w mojej pamięci.
Na deser otrzymaliśmy "Somebody Someone" przy którym Polacy po raz kolejny pokazałi na co ich stać, rytmicznie wymachując rękoma. Jako ostatnie poleciało "Got The Life" jednak zdecydowana część ludzi wolnym krokiem udawała się już do wyjścia.Korn pożegnany burzą oklasków opuścił scenę Torwaru. Koncert legendy dobiegł końca. Początkowe wątpliwości okazały się bezpodstawne. Korn ma się dobrze, Korn jest w formie i potrafi zagrać wyśmienicie. Nawet z zastępczym perkusistą i gitarzystą. Każde pieniądze są warte tego, co przeżyłem w środę na Torwarze.


Setlista:

1.Intro
2.Right Now
3.Love Song
4.Adidas
5.Hold On
6.Starting Over
7.Falling Away From Me
8. Coming Undone
9.Here To Stay
10.Ever Be
11.Faget
12.Helmet In The Bush
13.Freak On A Leash
14.Bottled Up Inside
15.Kiss
16.Evolution
17.Ass Itch
18.Blind
19.Somebody Someone
20.Got The Life


Ps. Cały koncert dostępny do ściągnięcia na kornzone.pl

Podziękowania dla ludzi, którzy przyczynili się do jego powstania.

piątek, 1 lutego 2008

Mogwai - Young Team


Po krótkich problemach natury zdrowotnej witam z powrotem. Na dobry początek lutego postanowiłem przypomnieć o pewnej płycie,wydanej w 1997 roku nakładem Chemikal Underground. Same dziesiątki na portalach muzycznych, entuzjazm recenzentów, objawienie w muzyce rockowej. Mogwai i ich debiut "Young Team" miażdży tak samo dziś...jak 11 lat temu.



Ciężko jest pisać o albumie, który ma miano kultowego. Bowiem cokolwiek by się nie napisało i tak nie odda to choćby w najmniejszym stopniu piękna tutaj zawartego. Może jednak w tych kilku słowach przekonam paru niedowiarków że oto przed wami najdoskonalsze post-rockowe dzieło jakie ujrzało światło dzienne po dziś dzień.
Niestety, późniejsze albumy Mogwai nie powtórzyły sukcesu debiutu. Może jedynie Epka "My Father, My King" bijąca na głowę resztę dyskografii Szkotów delikatnie zbliża się do boskości pierwszego longplaya . Co ciekawe Epka zawiera jeden dwudziestominutowy fragment, skonstruowany w taki sposób, że prog-rockowe zespoły powinny wziąć kilka lekcji od Mogwai. Ale nie o "My Father, My King" tu mowa, a o jednym z najbardziej spektakularnych debiutów w historii rocka.

Album zawiera dziesięć kompozycji, które idealnie współgrają ze sobą tworząc jedną, logiczną całość. Przytłaczają surowym, garażowym klimatem i pokazują że umiejętne wykorzystanie metody głośno-cicho potrafi dać porażający, niespotykany nigdy wcześniej efekt.
Na takiej zasadzie w większości oparty jest debiut Mogwai. Paraliżujący jedenastominutowy "Like Herod" po prostu wbija w fotel. Podobnie ma się sytuacja z utworem otwierającym album "Yes! I Am A Long Way From Home" , który spokojnie rozwija się i narasta po czym w momencie kulminacyjnym atakuje ze zdwojoną siłą.
Na szczęście nie zabrakło też fragmentów spokojnych, rozmarzone "A Cheery Wave From Standed Youngsters" delikatnie przygotowuje nas na kompozycję numer 10. Pod tym numerem kryje się absolutny diament. Szesnastominutowy, monumentalny, epicki "Mogwai Fear Satan" To kompozycja, którą już w momencie wydania można było stawiać w równym rzędzie z najwybitniejszymi instrumentalnymi utworami w historii muzyki. Jeden taki fragment i Mogwai równie dobrze może zakończyć działalność, bo tutaj czuć coś więcej niż tylko umiejętności. To perfekcja między przechodzeniem od ciszy do hałasu, tego się nie nauczy, tego się nie wyćwiczy. "Mogwai Fear Satan" to jest po prostu arcydzieło.

Nic już więcej nie napiszę, bo nawet nie ma po co...kto będzie chciał ten posłucha, a ten kto nie chce, niech dalej żyje w nieświadomości że omija go najpiękniejsza rockowa uczta. Oto wielcy, smutni Szkoci nagrali album, który niszczył w 97, niszczy teraz i niszczyć będzie za 20,30 lat...


Wielka płyta!

niedziela, 27 stycznia 2008

Bloc Party - A Weekend In The City


Nie jestem homofobem, nie należę do żadnego ugrupowania poniżającego osobników innej orientacji, ale jeżeli liderem rockowej grupy jest gej i do tego (o ironio!) murzyn, to zapowiada się przednia zabawa. Wiem jedno, Kele Okereke, mózg Bloc Party łatwego życia w Polsce by nie miał. Na szczęście zespół zagościł u nas tylko na ubiegłorocznym festiwalu Heineken. Opinie dotyczące koncertu były podzielone. Moim zdaniem dali rade, chociaż Kele śpiewał tak, jakby jego noc w hotelu dzień wcześniej była wyjątkowo aktywna...dla pewności więc, podczas koncertu stanąłem gdzieś z tyłu, co by nie być w zasięgu wzroku Kelego z wiadomych przyczyn.


Eh...obiecałem sobie że nie będę się czepiał tego że wokalista jest jakby to powiedzieć...z innej gliny ulepiony, ale jak widać nie udało się, za co przepraszam. Chociaż skoro liderką The Gossip może być puszysta lesbijka rozbierająca się w magazynach dla panów, a frontmanem jednej z największych grup metalowych łysy gej, to czemu nie "ciepły" Kele stojący na czele Bloc Party?


Dobra, koniec z roztrząsaniem kwestii orientacji Pana Okereke. Zajmijmy się samą muzyką, jakże nudne zajęcie skoro można roztrząsać prywatne życie wokalisty, nieprawdaż?


Bloc Party są sprawcami ogromnego zamieszania jakie wywołał ich debiutancki album z 2005 roku. Pełen doskonałych melodii, łatwych do zapamiętania refrenów i po prostu typowych parkietowych "hiciorów". Z miejsca stali się ulubieńcami Indie-niezal-brytyskiej-nieszczęśliwej publiczności. A teksty? Oczywiście opowiadały o tym jak Kelemu się ciężko żyje, gdy musi zmagać się z kłodami rzucanymi pod nogi gejom. No cóż...takie życie.


Nowy album miał pokazać czy angielska grupa to gwiazdki jednego indie sezonu, czy zespół z prawdziwego zdarzenia. Czy można nagrać coś lepszego, lub przynajmniej równie dobrego jak debiut? Można i Bloc Party na albumie A Weekend In The City tego dokonali...

Gdzieś po drodze zgubili punkową energię, szaleństwo, ale zyskali za to o wiele więcej. Zmieniona stylistyka wyszła kapeli na dobre. To już nie są zwykłe piosenki na parkiet. To coś zdecydowanie większego. Kompozycje są przemyślane i odrazu zapadają w pamięć. Mamy tu więcej elektroniki gustownie wzbogaconej świetnymi zagrywkami gitarzysty. Już otwierający album "Song For Clay" to numer wprost doskonały. Napięcie wzrastające z sekundy na sekundę nie pozwala słuchaczowi usiedzieć w miejscu. Fantastycznie sprawdzający się na koncertach.

"The Prayer" z kapitalną rytmiką i pięknym refrenem jest jednym z najlepszych singli ubiegłego roku. Tak można wymieniać w nieskończoność, bo na A Weekend In The City słabych numerów nie uświadczysz. To piękna podróż po Londynie, często przygnębiającym, w którym Kele jest ogarnięty pustką. Opowiadający już nie tylko o swojej orientacji, ale także o alienacji zwykłego człowieka w dużej metropolii, o atakującej nas z każdej strony nudzie, za którą idą narkotyki. O wielu ważnych sprawach, które Okereke potrafi świetnie wychwycić i napisać o tym przejmujący tekst.



Bloc Party poradziło sobie z ogromną odpowiedzialnością jaka spoczywała na ich barkach. Spełnili oczekiwania znacznej części swoich fanów, może nie wszystkich, bo przecież niektórzy oczekiwali Silent Alarm nr 2. Nie poszli po najmniejszej linii oporu, zmieniając stylistykę nagrali album wyśmienity. W końcu jeżeli I Still Remember dostrzegła polska sieć telefonów komórkowych wykorzystując ten utwór w swojej reklamie, to coś ta płyta musi w sobie mieć.


Foo Fighters - Echoes, Silence, Patience And Grace


Gdyby Dave Grohl wspólnie z kolegami wypełnił cały nowy album komopozycjami pokroju "The Pretender" to gwarantuje że w każdej recenzji otrzymywałby notę 10/10. No właśnie, gdyby...przysłowiowa babka nigdy wąsów nie miała, a Grohl nie pakuje na album samych Pretenderów.


Lubię tego gościa, za jego poczucie humoru, za prześmiewcze teledyski, za działalność w Nirvanie. Za nowy album nie polubię go ani odrobinę więcej, co nie znaczy wcale że ta płyta jest zła.
To po prostu kolejny rzemieślniczy wyrób sygnowany nazwą Foo Fighters. Od takich ludzi jak Grohl oczekujemy jednak czegoś więcej, czegoś...czego tutaj nie uświadczymy.

Zaczynamy od prawdziwego pocisku. Wspomniany już w pierwszej linijce "The Pretender" to rockowy hymn z prawdziwego zdarzenia. Idealnie nadający się na stadiony. Drapieżny, zadziorny z kapitalnym refrenem. Singiel się kończy a my przechodzimy gładko do numeru "Let It Die" z bardzo ciekawą ścianą gitar atakującą słuchacza mniej więcej w połowie utworu.
Przy pierwszym odsłuchu wiedziałem, że chcę aby tak właśnie grało Foo Fighters!
Bardzo szybko zachwyt przerodził się w potworną złość gdy usłyszałem niezwykłego gniota zatytułowanego "Eraise/Replace". Zaczynało robić się nerwowo...kawałki w rodzaju "Long Road To Ruin" czy "Cheers Up Boys "idealnie nadają się na soundtrack do komedii w rodzaju American Pie co zaletą absolutnie nie jest.
W połowie albumu sytuację ratuje "Come Alive". Stopniowo rozwijająca się kompozycja, rozpoczęta gitarą akustyczną, a wieńczona mocnym finałem pełnym patosu.
Równie ciekawie wypada tym razem w pełni akustyczny utwór "The Ballad Of The Beaconsfield
Miners" poświęcony górnikom pewnej amerykańskiej kopalni. Ostatnią rzeczą która zwraca uwagę na tym krążku jest zamykający całość "Home". Delikatna ballada z przejmującym głosem Grohla, przy akompaniamencie fortepianu. Bardzo zgrabna rzecz.


Podsumowując, nawet dla kilku utworów warto się zaopatrzyć w to wydawnictwo. Z sympatii do lidera na pewno. Jednak jeśli oczekujemy dzieła, które będziemy wspominać za kilkanaście lat to zdecydowanie odradzam. Zresztą czy Foo Fighters kiedyś nagrało taką płytę? Nie i na razie na to się nie zanosi.